Strona główna » Czasopis » Nr 01/12 (STYCZEŃ/ СТУДЗЕНЬ 2012) » Powrót do Michałowa
Powrót do Michałowa
Kliknij by zobaczyć obraz w pełnych rozmiarach...

Na miejscu naszego liceum wcześniej stała niemiecka kircha

Helena Głogowska

Takiego jeszcze u nas nie było! — mówili miejscowi. Takiego jeszcze w Michałowie nie było! — mówili przyjezdni. Chodzi o historyczną konferencję naukową „Dialog wielokulturowy: Białystok-Grodno, Michałowo-Białystok”, która odbyła się w sobotę 17 grudnia 2011 r. w Gminnym Ośrodku Kultury w tym miasteczku. Organizatorami byli burmistrz miasta Michałowo, Białoruskie Towarzystwo Historyczne, Gminny Ośrodek Kultury oraz Pracownia Filmu, Dźwięku i Fotografii w Michałowie.

O idei usłyszałam od Tomasza Wiśniewskiego (z Pracowni Filmu, Dźwięku i Fotografii w Michałowie) przynajmniej rok temu, gdy razem z prezesem Białoruskiego Towarzystwa Historycznego, profesorem Olegiem Łatyszonkiem, odwiedził mnie w Katedrze Kultury Białoruskiej na Uniwersytecie w Białymstoku. Trudno byłoby mi sprzeciwić się takiej idei, nawet zaproponowałam swój udział, gdyż latami gromadzona wiedza i doświadczenie nie miały okazji być zaprezentowane w miejscu, które dało mi podstawy naukowego patrzenia na świat. Obserwując (uczestnicząco) ten wycinek rzeczywistości z łatwością można ocenić niedostatki poszczególnych luminarzy nauki, wywodzące się najczęściej z braku odpowiedniej edukacji po szkole podstawowej.

Sentyment do Michałowa siedzi we mnie z kilku powodów, głównie zaś ze względu na wybór tego miejsca na ziemi na średnią edukację. Trudno mi powiedzieć, co o tym zadecydowało w 1974 r., gdy kończyłam szkołę podstawową w Bobrownikach. Rodzice? Było to najbliższe liceum ogólnokształcące w okolicy, a do tego z internatem. Przecież gdzieś trzeba było mieszkać, ucząc się poza domem. Poza tym liceum w Michałowie dwa lata wcześniej ukończyła dziewczyna mego brata. Dużo wcześniej w Michałowie kształcili się nieżyjący już kuzyni mego ojca — Mikołaj Szapiel z Jaryłówki i Mikołaj Naliwajko ze Skroblak, którzy wówczas — gdy ja zabierałam się za średnią edukację — zajmowali eksponowane stanowiska w Warszawie, w Ministerstwie Handlu Zagranicznego i w Radiowo-Telewizyjnym Centrum Nadawczym w Krynicach pod Białymstokiem. Pamiętam, jak na spotkaniach rodzinnych podkreślano ich naukę w liceum w Michałowie. Potem poznałam wiele osób, które uczyły się w tym liceum. Było ono wizytówką całej okolicy, nie tylko gminy.

Przypominam sobie o trzy lata starszą koleżankę Alicję Ejsmont z Kruszynian, z którą zaprzyjaźniłam się, gdy poszłam do pierwszej klasy. Większość uczniów w liceum pochodziła z miasteczka i okolic. Kolejną grupę stanowiła młodzież dojeżdżająca z Gródka i Walił-Stacji. Internat stanowiły dwie dwudziestoosobowe sale dla dziewczyn na drugim piętrze. Chłopcy mieszkali na parterze. Ponieważ stanowili zdecydowaną mniejszość wśród uczniów liceum, więc i ich sale były mniejsze.

Trzeba było się przyzwyczaić do życia poza domem. „Internat — mój drugi dom” — takie hasło propagowano na łamach tygodnika „Na przełaj”. W naszym przypadku niewiele miał on wspólnego z domem, więcej zaś z wielodzietną rodziną i z dość ostrym rygorem, co zamierzałyśmy opisać, zazdroszcząc innym, mającym lepsze od nas warunki. Nie chcę wspominać niektórych drastycznych scen, ale dodam, że i wychowankowie nie byli „złoci”. A ktoś musiał przecież panować na młodzieńczymi porywami i za nie ponosić odpowiedzialność. Od początku nauki w liceum prowadziłam dziennik — naiwny, śmieszny, ale wówczas jak najbardziej serio. Nawet dziś na jego podstawie można odtworzyć życie licealnej młodzieży w połowie lat 70. w miasteczku ze szkołą średnią, gdzie poza nią była szkoła zawodowa, a w domu kultury organizowano dyskoteki. Nauka w internacie odbywała się w ramach „odrabianek”. Od godziny 22. była cisza nocna. Wychowankowie internatu chodzili do szkoły w kapciach i to chyba był największy urok mieszkania w nim — na lekcje można było przyjść w ostatniej chwili.

Mieszkając przez cztery lata w liceum ogólnokształcącym trudno było się nie uczyć, zwłaszcza że pasję uczenia się wyniosłam jeszcze ze szkoły podstawowej oraz z domu, w którym zachowały się przedwojenne encyklopedie, dzieła Adama Mickiewicza i Elizy Orzeszkowej, przywiezione przez babcię Ksenię z domu w Brześciu, który opuściła z dziećmi po 17 września 1939 r. Poza tym nauka zawsze była dla mnie wielką frajdą. I tylko niektórzy nauczyciele zdołali zamienić ją w mało przyjemną katorgę. Ale poza szkołą było jeszcze życie młodzieńcze — z zauroczeniami, miłościami...

Mimo że szkoła była polska i wychowywano nas na patriotów PRL, dialog wielokulturowy miał także miejsce — święta były tego wyrazem. Zawsze na święta prawosławne, które oficjalnie nie były dniami wolnymi, jeździliśmy do domu. Ponieważ środowisko było mieszane, więc przenikanie kultur było czymś naturalnym. Na miejscu naszego liceum wcześniej stała kircha, którą rozebrano i wybudowano z niej naszą szkołę. Nawet 1 listopada chodziliśmy wieczorem na cmentarz katolicki, a także odwiedzaliśmy zachowany grób na cmentarzu poewangelickim, którym ktoś się opiekował.

Liceum w Michałowie było fenomenem, którego wówczas nie byłam w stanie zrozumieć. Dopiero po latach historię jego powstania opowiedział mi Mikołaj Hajduk, rodem z Kobylanki. Wokół mroczna rzeczywistość powojenna, a tu nagle oddolna inicjatywa edukacyjna. Niegdyś od dr Marii Marliczowej ze Szczecina, córki Nadziei i Teodora Iljaszewiczów, otrzymałam grupowe zdjęcie michałowskich nauczycieli z 1946 r. Zrozumiałam wtedy, że tylko w tym miasteczku mogła powstać szkoła średnia. Zresztą mój ojciec ciągle powtarza, że pod względem intelektualnym i kulturalnym Michałowo zawsze przewyższało Gródek: Tam zusim inszy narod — mawiał, wspominając dawne czasy. A liceum zajmowało szczególne miejsce wśród instytucji w Michałowie. Dawało maturę i umożliwiało start w dorosłe życie. Wielokrotnie zaskakiwałam wiele osób, mówiąc że ukończyłam szkołę średnią w prowincjonalnym miasteczku. Wielokrotnie wśród rówieśników na studiach na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim miałam powody do dumy z tego tytułu. Być może jest to subiektywne odczucie „prymuski”, ale wspomnę od razu, że nie tylko nauką zajmowałam się w liceum. Angażowałam się w życie szkoły (byłam gospodarzem klasy, działałam w harcerstwie). Z perspektywy czasu oceniam, że dzięki moim bardzo dobrym wynikom w nauce i aktywności przez palce patrzono na niektóre „grzechy” młodości. Za chodzenie po Michałowie w białych dżinsowych spodenkach (uszytych przez moją mamę) w upalne dni wrześniowe groziło mi wezwanie na dywanik do dyrektora za niemoralne prowadzenie się. W końcu wybroniła mnie moja wychowawczyni, nie widząc w tym niczego gorszącego.

Miało być o dialogu wielokulturowym, a opanowały mnie licealne wspomnienia. Może dlatego, że liceum było instytucją edukacyjną o charakterze wielokulturowym ze względu na zróżnicowanie narodowościowo-wyznaniowe kadry pedagogicznej i uczniów. Zanim zaczęłam w nim naukę, nauczano tam także języka białoruskiego i łaciny. Mnie już prof. Stanisława Krućko uczyła języka angielskiego. Języka niemieckiego nie było, mimo że przed wojną w Michałowie działała szkoła niemiecka! Dziwi mnie, że obecnie, kiedy można otrzymać dotację ministerialną na naukę języka mniejszości, w szkołach Michałowa nie naucza się języka białoruskiego. Przecież język to podstawa kultury.

Z zażenowaniem patrzyłam na flagi, zwłaszcza czerwono-zieloną, na scenie GOK-u. Dlaczego w takim razie nie było flag Niemiec czy Izraela? Ani to oficjalne spotkanie międzypaństwowe, ani zaprzyjaźnionych gmin z obu stron granicy. To, co próbowano przełamać, realizując ideę konferencji, nabrało nagle wymiaru międzypaństwowego — polsko-białoruskiego (akceptującego aktualną reżimową symbolikę białoruską). Przecież rozmawiano o rzeczywistości pozasztandarowej, ponadpaństwowej, sięgającej nawet średniowiecznego księstwa wołkowyskiego (prof. Oleg Łatyszonek). Na konferencji dominowali uczeni z Grodna — doktorzy nauk Hienadź Siemianczuk, Siarhiej Tokć, Ina Sorkina, Wital Karnialuk oraz mgr Taciana Kasataja. Ich referaty dotyczyły rzeczywistości społeczno-ekonomicznej Michałowa od połowy XIX w. do połowy XX wieku — świątyń w Michałowie i w Wołkowysku, działalności gospodarczej majątku Michałowo, ludności niemieckiej i żydowskiej w miasteczku, kultury i oświaty. Dokumenty historyczne, dotyczące Michałowa, znajdują się głównie w archiwum w Grodnie. Któż zatem lepiej, jak nie białoruscy uczeni, może przedstawiać historię tej wspólnoty lokalnej? Prezentując wyniki badań nad dokumentami posługiwali się językiem białoruskim oraz rosyjskim, w którym z kolei sporządzano je w czasach imperium przed I wojną światową. A przecież, gdyby nie carska Rosja i wprowadzenie granicy celnej między Królestwem Polskim a Cesarstwem, gdyby nie właściciel folwarku Niezbudka, Seweryn Michałowski, i osadnictwo Niemców, zajmujących się przemysłem włókienniczym, nie byłoby o czym rozmawiać, za czym tęsknić.

Patrzenie na Michałowo wymaga wielokulturowego podejścia, wzajemnej tolerancji. Mając doświadczenie badawcze w zakresie tematyki regionalnej (niekoniecznie na Białostocczyźnie), widzę wiele braków w obecnym kreowaniu obrazu kulturowego, wynikających z głównie z niedoceniania lokalnej kultury. Ot chociażby muzeum mogłoby być gminną instytucją kultury, ugruntowującą jej bogatą tożsamość kulturową i narodową. Gmina, choćby z centrum z prawami miejskimi (niedawno nabytymi), bez pamięci, bez symboliki, w którą wpisana jest lokalna historia, nie zbuduje własnej godności, ani tym bardziej dialog wielokulturowy nie będzie możliwy bez znajomości przeszłości.

W 1996 r. w Białymstoku ukazała się „Monografia gminy Michałowo” autorstwa Leszka Nosa. I to też nie przypadek w porównaniu z sąsiednimi gminami. Warto, by władze pomyślały o kapitale ludzkim, jaki wyszedł z Michałowa, poczynając od Seweryna Michałowskiego. Podobnie, jak to robią inne gminy w Polsce, które szczycą się ludźmi wywodzącymi się z nich, nadając ich imiona ulicom, szkołom, placom. Absolutnie nie mam nic przeciwko Henrykowi Sienkiewiczowi czy Żwirkowi i Wigurze, ale wolałabym pospacerować w Michałowie ulicami Seweryna Michałowskiego, Rudolfa Engelhardta, ks. Marcina Puzyrowskiego, ks. Włodzimierza Stupnickiego, czy innymi, upamiętniającymi niemieckich fabrykantów czy ewangelickich pastorów. A w parku mógłby stanąć pomnik Seweryna Michałowskiego. Wtedy i obecny obywatel gminy czułby się pełnowartościowym człowiekiem, osadzonym w konkretnym miejscu na ziemi, z dystansem do własnej historii, własnych dramatów, sukcesów i porażek. Może warto pomyśleć o tym z okazji 180. rocznicy powstania Michałowa, która wypada w 2012 r. Ot, tak zwyczajnie, chociażby na stronie internetowej, zrobić wykaz wybitnych osób, związanych z gminą na przestrzeni jej dziejów, z krótkimi chociażby biogramami fabrykantów, duchownych różnych wyznań, pedagogów, właścicieli, przedstawicieli innych zawodów, czy chociażby reżyserów, takich jak Tamara Sołoniewicz, która ukończyła także liceum w Michałowie. Radzę zobaczyć, jak to robią inni. Rozumiem, że Michałowo nie jest Inowrocławiem i nikt tu nie będzie robił Michałowskiego Słownika Biograficznego, ale tu także żyli, kształcili się wybitni ludzie i warto pamięć o nich utrwalać, by pewniej i bez kompleksów stąpać po ziemi wyjątkowo wielokulturowej.

Na konferencji miałam okazję przedstawić postać ks. Jana Siemaszkiewicza, proboszcza parafii rzymskokatolickiej w Jałówce (1937-1939) i w Michałowie (1939-1947), który był białoruskim poetą i dramaturgiem, pochodzącym z Łokcian (parafia Kluszczany, obecnie w rejonie astrawieckim na Białorusi). Na Białostocczyźnie (i w Michałowie) uważano go za „Polaka z krwi i kości”. Takich niezbadanych wątków historii Michałowa i gminy jest bardzo wiele.

Marzę o napisaniu historii mojej wyjątkowej szkoły — liceum ogólnokształcącego. Na razie pomysłem zaraziłam kilka osób i sama zaangażowałam się w zbieranie materiałów. Oby czasu starczyło…

A wracając do konferencji, to zainteresowała ona przede wszystkim białostockie media. Tłumów na niej nie było — czy to termin nieodpowiedni (tydzień przed świętami Bożego Narodzenia), czy informacja nie dotarła, czy społeczność lokalna nie dojrzała do zaciekawienia się historią własnego miejsca. W monumentalnie odremontowanym w stylu greckim (jakby nie było własnego) budynku GOK-u nie zebrało się zbyt wielu słuchaczy. Mnie satysfakcjonowała obecność dwóch szczególnie bliskich mi osób — profesor Teresy Laskowskiej — wprowadzającej mnie w wielki świat nauki oraz Ryszarda Dąbrowskiego — dawnego partnera ze studniówki i przyjaciela, któremu jako radnemu pomagałam urzeczywistnić ideę herbu dla Michałowa. Szkoda, że burmistrz Michałowa nie wytrwał do końca konferencji i nie było okazji z nim porozmawiać. Jako inicjatorka i organizatorka wielu inicjatyw lokalnych — w Sztutowie, Pucku, Gniewie, Inowrocławiu — mogę tylko dodać, że obecność na nich władz lokalnych nadawała im odpowiednią rangę, a z drugiej strony świadczyła o szacunku do organizatorów i uczestników. Tego w Michałowie zabrakło.

Helena Głogowska (z domu Kozłowska)

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
Czasopis.pl na Facebook