Borys Russko, białowieski poeta urodzony w roku 1929, zachował w pamięci obraz przedwojennej Białowieży, gdzie jeszcze zimą w każdym niemal domu pracował warsztat tkacki, a izby oświetlało słabe światło świec robionych z prawdziwego wosku. Na pytanie, czy przypomina sobie bartników, odpowiedział, że w Podolanach, gdzie mieszkał (obecnie część Białowieży) nie było wówczas pszczelarzy. Przed pierwszą wojną światową żyło kilku bartników, ale po wojnie pamiętam tylko ostatnią, nieczynną barć w dębie rosnącym jeszcze w mojej młodości koło stacji Białowieża Towarowa. Dąb został jednak ścięty. Mnie jednak ciekawiły ślady bartnictwa, które ciągle znajduję w obszarze ochrony ścisłej Białowieskiego Parku Narodowego, bo przynajmniej raz w tygodniu chodzę po tym terenie i oglądam ślady pracy pradziadów obecnych mieszkańców regionu. Najdawniejszym zajęciem na naszych ziemiach było nie rolnictwo, a bartnictwo. Obserwując ostatnie po nim ślady myślę nieraz, że dawniej nie szukaliśmy tylko najprostszych i najłatwiejszych rozwiązań. Jeden z moich nieżyjących od dawna wujów był także pszczelarzem, a pasję tę przekazała mu babcia, opowiadając o mężu, który miał gdzieś na Podlasiu barcie. Pierwszym badaczem bartnictwa w Puszczy Białowieskiej był dr Stefan Blank-Weissberg, z wykształcenia filozof, z zamiłowania badacz życia pszczół i kierownik pierwszej w kraju naukowo-dydaktycznej placówki pszczelarskiej powołanej przy Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. W roku 1935 lub 1936 odwiedził on Puszczę Białowieską i — jak sugeruje prof. Józef Banaszak — być może w towarzystwie pracownika parku narodowego Filimona Waszkiewicza, Białorusina, syna bartnika, odnajdywał zachowane pozostałości po bartnictwie, fotografując drzewa bartne. Niektóre z tych zdjęć ukazały się w wydanej w roku 1937 książce Weissberga „Barcie i kłody w Polsce”.
Czytamy tam, że barcie (sztuczne dziuple w żywych drzewach) i kłody (ule drążone podobnie jak barć, tylko z kawałków drzewa martwego, ustawiane na drzewach, pomostach, stojakach lub rzadziej na ziemi) znane były na ziemiach północno-wschodnich Rzeczypospolitej oraz obecnej Białorusi już we wczesnym średniowieczu. Bartnictwo sięga więc bardzo odległej przeszłości i było prawdopodobnie jednym z najważniejszych sposobów użytkowania puszcz litewskich oraz częścią tradycji białoruskich przodków współczesnych mieszkańców Podlasia. W dawnych czasach miód spożywano w różnych postaciach, a z wosku wyrabiano niezbędne na co dzień świece. Inwentarz z 1792 roku podaje, że tylko w puszczy było wówczas ponad 7 tysięcy barci! Pod koniec XIX w. zakazano jednak w puszczy bartnictwa. Coraz mniej liczne są sosny ze śladami po barciach, czyli wydrążonych (zwykle od wschodu) komorach w pniu drzewa, na wysokości najczęściej od kilku do kilkunastu metrów. Drzewa bartne przetrwały niemal wyłącznie na terenie Białowieskiego Parku Narodowego, gdzie indziej zostały wycięte. Niektóre barcie były przykryte deską dębową, nazywaną śniotem, chroniącą także przed niechcianymi amatorami miodu, takimi jak kuna czy niedźwiedź, choć przed tym ostatnim miały zabezpieczać przede wszystkim specjalne platformy wokół pnia, z kołkami sterczącymi ku dołowi jak u brony, zwane odenkami, i samobitnie, czyli ciężkie kłody, a czasami kamienie, zawieszone przed barcią na linie.
Do dzisiaj zachowały się już ostatnie, przynajmniej cztery (o tylu wiem) barcie z wiszącymi śniotami. Wszystkie w trudno dostępnych rejonach obszaru ochrony ścisłej. Jedna z tych sosen bartnych jest u dołu pnia podcięta. Za niszczenie barci nakładano wysokie kary i dzisiaj już nie dowiemy się, jaki dramat się tam rozegrał; czy była to czyjaś zemsta, czy — być może — bartnik został ukarany podcięciem sosny za niezapłacenie podatku od barci? Znajdowanie takich śladów pracy naszych przodków budzi wzruszenie i uczucie szacunku dla wielu pokoleń ludzi, którzy żyli tutaj przed nami. Mieli swoje znaki, zaciosywane na drzewie. Jeden z ostatnich takich śladów bartnika — prawdopodobnie znak graniczny — oglądałem po raz pierwszy w 2009 roku na martwej, złamanej sośnie w niedostępnym, zawalonym pniami świerków i sosen borze, w Obszarze Ochrony Ścisłej BPN. Bartnicy zostali definitywnie z usunięci w roku 1888, bo nie pasowali do carskiej gospodarki. Najsławniejszymi byli Jan Buszko i Bazyl Szpakowicz — nazwiska nadal popularne w regionie. Ten ostatni zyskał przydomek „Polaka”, bo pod pretekstem oględzin barci woził powstańcom w roku 1863 żywność do puszczy. W kilku miejscach jeszcze dzisiaj możemy natrafić na niezbyt grube sosnowe pniaki, podciosane w różnych miejscach i dość dokładnie opalone przez człowieka, a w dodatku licznie „ostemplowane” cechówką z carską koroną i cyfrą 0. Jaka była ich rola? Być może również były to naturalne „słupy” graniczne, ale może tym razem oznaczały wyłączenie jakiegoś obszaru z działalności bartniczej? Niedługo i te ostatnie ślady znikną bezpowrotnie i pozostanie tylko wspomnienie po jednym z najstarszych zawodów w puszczańskim regionie. Warto wspomnieć, że inny sposób hodowania pszczół w puszczy polegał na ustawianiu na drzewach, często na specjalnych podestach, uli kłodowych, przypominających wyciętą w drzewie część barci (lub będących taką częścią ściętego drzewa). Do dzisiaj jeszcze takie ule, nazywane borć, można spotkać na drzewach w Białorusi i pokazywali mi je przyjaciele podczas wycieczki wzdłuż Niemna. Ogromna ilość wyżarów (podciętych i podpalanych dla uzyskania łuczywa sosen) w pokrytej borem części obszaru ochrony ścisłej wskazuje na bardzo intensywne użytkowanie bartne puszczy. Od początku poznawania śladów bartnictwa i lokalnej kultury zadawałem sobie pytanie, dlaczego barcie lub ule kłodowe ustawiano tak wysoko, nastręczając sobie wiele trudności w ich obsłudze. Barć czy ul przy samej ziemi byłyby przecież dużo łatwiejsze w wykonaniu i mniej kłopotliwe w obsłudze. Wszak dużo prościej zajmować się pszczołami hodowanymi na ziemi. Oglądając kiedyś w Białorusi ul kłodowy, z daszkiem obitym papą, przymocowany do pnia drzewa kilka metrów nad ziemią, który musiał być tam ustawiony współcześnie, bo w drugiej połowie XX wieku, zapytałem o to mieszkańca wsi. Odpowiedział mi w sposób naturalny: „Bo taki jest zwyczaj”. Podobno im wyżej umieszczona jest barć, tym zbiór miodu jest większy. Co więcej, roje pszczół osiadają chętniej w wyżej umiejscowionych barciach czy kłodach, wszak od tysięcy lat tam było ich naturalne środowisko zamieszkiwania. Barcie leśne przewyższały ule wydajnością nawet dwudziestokrotnie, bo pszczoły leśne miały w najbliższej okolicy pokarmu pod dostatkiem. W takim razie naprawdę „dzikie jest piękne”! Myślę, że w tradycji bartnictwa i „dzikim” kontekście dobrego miodu zawarta jest jakaś ważna informacja i dla nas.

