W roku szkolnym 1933/34 uczęszczałem do III klasy szkoły powszechnej w Białowieży, przebywając u swych dziadków — Zofii i Stefana Charczunów. Po tym okresie zamieszkałem z rodzicami i bratem Stefanem w położonej niedaleko Berezy Kartuskiej wsi Strygiń, gdzie ojciec, Jerzy Charczun, był leśniczym w latach 1933-1939.
Strygiń to długa poleska wieś ulicowa położona nad rzeką Jasiołdą i znajdujące się na uboczu pojedyncze zagrody. Miejscowość ta, której mieszkańcy byli wyznania prawosławnego, posiadała cerkiew, czteroklasową szkołę powszechną i sklep. Leśniczówka oraz sąsiadująca z nią gajówka były oddalone od wiejskich zabudowań i oddzielone od nich uprawnymi polami.
Dom, który stanowił mieszkanie i kancelarię leśnictwa, był usytuowany na niewielkim wzniesieniu. Parterowy, drewniany budynek miał wysoki dwuspadowy dach i ganek od frontu. Nasza rodzina zajmowała trzy duże pokoje z kuchnią. W czwartym pokoju z osobnym wejściem z zewnątrz mieściło się biuro leśniczego, mego ojca. Pokoje były ogrzewane piecami kaflowymi, w których paliło się drewnem. Warto zwrócić uwagę na pewne przedmioty, które znajdowały się w mieszkaniu, charakterystyczne dla ówczesnych czasów i tamtego miejsca.
W pokoju jadalnym nad długim stołem wisiał ozdobny kilkuramienny żyrandol z lampą naftową i ogromnym kloszem, zaś przy drzwiach prowadzących do kuchni stał na stoliczku samowar z grzejnikiem na węgiel drzewny (naczynie rozpowszechnione dawniej w Rosji). Przed posiłkiem służąca nastawiała samowar, to znaczy wkładała do grzejnika żarzące się węgle i rozdmuchiwała je pełniącym rolę miecha kowalskiego starym butem z cholewą nałożoną na wystający z samowara kominek. Potem na kominku ustawiała imbryczek z zaparzoną herbatą.
W salonie znajdowało się pokaźnych rozmiarów radio z dużą ilością gałek. Jego wyposażenie stanowiły bateria anodowa, składająca się z suchych ogniw i akumulator. Aparat posiadał zewnętrzną antenę, rozpiętą między szczytem dachu a wierzchołkiem wysokiego słupa oraz instalację uziemiającą.
Moje zainteresowanie wzbudzała duża, ciężka szabla wisząca wraz z dubeltówką na kilimie rozpiętym nad łóżkiem w sypialni. Była to pamiątka ojca z czasów wojny o niepodległość Polski. Czasem zdejmowałem tę szablę i bawiłem się nią.
W gabinecie ojca na biurku stała podstawka zawierająca kałamarze napełnione niebieskim i czerwonym atramentem. W jej rynience leżały obsadki ze stalówkami oraz rozmaite ołówki, wśród których znajdował się ołówek kopiowy do pisania przez kalkę. Na uwagę zasługiwało liczydło — przyrząd wówczas powszechnie używany w biurach do wykonywania prostych działań arytmetycznych. Nie było telefonu (łączność z ludźmi zapewniał posłaniec). Wieczorem do oświetlenia służyła duża, stojąca, metalowa lampa naftowa z mlecznym koszem.
W pomieszczeniu kuchennym znaczną część powierzchni zajmował piec chlebowy. Przed nim pod okapem znajdowała się kuchnia do gotowania potraw. Posiadała ona żeliwny blat (płytę) z otworami przykrytymi fajerkami oraz palenisko na drewno.
Z kuchni przez sień wychodziło się na rozległe podwórze. W pobliżu znajdowała się studnia z żurawiem. Stojące obok niej koryto służyło do pojenia domowych zwierząt. W głębi dziedzińca duży spichrz opierał się nad olbrzymich głazach, tak że można było pod nim się przeczołgać. Stanowił relikt dawnego budownictwa. Wewnątrz budynku stały ogromne skrzynie do przechowywania zboża. Gdy były puste, pełniły rolę kryjówek w czasie zabawy w chowanego. Do spichrza przylegała drewutnia, w której gromadzono drewno opałowe. W pobliżu niej znajdowała się piwnica częściowo zagłębiona w ziemi, a częściowo wystająca nad jej powierzchnię. Usypany nad stropem piwnicy kopiec przydawał się zimą do zjazdu na sankach. W dalszej części podwórka stodoła i budynek z pomieszczeniami dla zwierząt gospodarskich tworzyły jeden kompleks. Wewnętrzna droga prowadziła od niego do sadzawki i dalej na łąkę. Przejściem tym pędzono bydło i owce na pastwisko. Staw był porośnięty tatarakiem i inną roślinnością. W letnie wieczory dobiegał stamtąd chóralny rechot żab. Podwórze było ogrodzone. Bramy wychodzącej wprost na drogę prowadzącą do wsi strzegł mały, ale zły piesek Togan.
Ponieważ ojcu przysługiwał deputat rolny, rodzice prowadzili gospodarstwo rolno-hodowlane. Posiadali bydło, konie, świnie, owce, drób. Do zwierząt domowych należały także psy i koty. Oprócz Togana był Brudas — sympatyczny, włochaty kundel, który nie mając żadnych obowiązków, wylegiwał się lub wałęsał z kąta w kąt. Chów zwierząt i uprawa ziemi zaspokajały w dużym stopniu potrzeby bytowe domowników i przynosiły dochód. Całe gospodarstwo obsługiwały trzy osoby: dwie dziewczyny, z których jedna zajmowała się także gotowaniem i domem, oraz chłopak.
Artykuły spożywcze wyrabiane były w sposób tradycyjny. Masło otrzymywało się przez ubijanie w maselnicy śmietany zebranej z mleka. Ser wytwarzano z zsiadłego mleka, odcedzając nadmiar serwatki w płóciennym lejkowatym woreczku, a następnie sprasowując pozostałą w nim masę za pomocą deski przyciśniętej kamieniem. Chleb piekło się w piecu chlebowym. W dzieży — dużym drewnianym naczyniu — rozrabiano ciasto, mieszając mąkę z wodą. Dodawano do niego zaczyn chlebowy: małą porcję ciasta żytniego pozostawioną z poprzedniego wypieku, która zawierała rozmnożone drożdże i bakterie kwasu mlekowego. Po zrobieniu na przygotowanym cieście znaku krzyża czekano, aż ono odpowiednio urośnie. Potem formowano na drewnianej łopacie bochenki i wsuwano je do pieca uprzednio rozgrzanego przez spalenie w nim drewna.
W gospodarstwie rolnym żniwa były szczególnym okresem, można by powiedzieć — odświętnym, w którym zbierano plony całorocznej pracy. Żęcie zboża odbywało się ręcznie. Kobiety stojąc w rzędzie, jedna obok drugiej, ścinały zboże sierpem i wiązały je w snopy. Pod wieczór ustawiano snopy w kopki. Po zakończeniu pracy żniwiarki obwiązywały gospodarza — mego ojca — wieńcem z kłosów, składając okolicznościowe życzenia, połączone z przyśpiewkami. Na uczestników tej małej uroczystości czekał poczęstunek.
Kolejnymi etapami pracy były zwózka snopów do stodoły i młocka. Gdy zbiory były duże, do młócenia wynajmowano młocarnię, zazwyczaj kieratową. Konie w zaprzęgu, chodząc w koło, poruszały kierat — urządzenie napędzające młocarnię za pośrednictwem zespołu przekładni kół zębatych i wału przegubowego. Jeśli ilość zebranego zboża była mała, młócono je cepami (cep — dwa drewniane drążki: dłuższy i krótszy połączone rzemiennym wiązaniem). Dwaj mężczyźni zwróceni do siebie twarzami uderzali bijakami (krótszymi drążkami) w ułożoną na klepisku stodoły warstwę zboża, przesuwając się tam i z powrotem. Oddzielone od kłosów ziarno przesiewano w arfie — urządzeniu zaopatrzonym w sita wprawiane w ruch korbą — aby oczyścić je z plew. Ziarno przeznaczone na mąkę dla własnych potrzeb zawożono do młyna.
Ciężar obowiązków gospodarskich obarczał przede wszystkim mamę. Można ją było spotkać wszędzie: w ogrodzie warzywnym, kuchni, w pobliżu zwierząt.
Jaka była moja mama Oktawia? Bardzo pracowita i wymagająca wobec siebie. Cierpliwa i wytrwała. Oddana rodzinie: troskliwa i gotowa do poświęceń. Niezwykle gościnna i pomagająca ludziom będącym w potrzebie. Praca była jej pasją. Rodzina, dom, zajęcia gospodarskie wypełniały jej życie. Rzadko miała chwile odpoczynku, w których czasami grała na gitarze i śpiewała.
Mój ojciec był człowiekiem pełnym energii. Wstawał bardzo wcześnie, wprowadzając ożywienie w domu. Zaglądał do pomieszczeń gospodarskich, a potem rozpoczynał pracę w kancelarii leśnictwa. Ojciec miał doskonały refleks. W obliczu nagłego niebezpieczeństwa nie tracił głowy — działał zdecydowanie. Lubił swój zawód leśnika. Oddany pracy zawodowej, wykonywał ją sumiennie. W środowisku leśników ceniono ojca za fachowość i rzetelność.
Osobom niezorientowanym stanowisko leśniczego kojarzy się z przyozdobionym dystynkcjami zielonym mundurem i sielankowym trybem życia. W rzeczywistości wykonywanie tego zawodu jest uciążliwe. Niezależnie od warunków pogodowych trzeba wyjeżdżać w teren. Poza gospodarką leśną do obowiązków pracowników technicznych leśnictwa należy ochrona lasu przed złodziejami i kłusownikami. Stwarza to zagrożenie dla życia służby leśnej ze strony przestępców. Poza tym warunki egzystencji leśniczego są trudne.
Cała nasza rodzina spotykała się o ustalonej porze na obiedzie. Mama troszczyła się o to, by na stole pojawiły się ulubione przez nas potrawy. Ojciec był smakoszem. Delektował się takimi specjałami jak raki, szparagi, kołduny, flaki. W pewnych okresach roku menu wzbogacały dania z dzikiego ptactwa, dziczyzny (sarny, dzika, zająca) oraz grzybów i jagód.
Spokojną egzystencję w leśniczówce zakłócali niekiedy komiwojażerowie, objeżdżający wsie konnymi wozami napełnionymi różnorodnym towarem, szmaciarze, oferujący za gałgany garnki, miski i różne drobiazgi, włóczędzy, żebracy oraz Cyganki, natarczywie proponując wróżenie z ręki lub kart.
Wzmożoną krzątaninę w naszym domu wywoływało zbliżanie się świąt Bożego Narodzenia lub Wielkanocy. Przed ich nadejściem zabijano świnię. Wynajęty rzeźnik najpierw osmalał, a potem rozbierał zwierzę na części, po wypiciu szklanki spuszczonej z niego krwi. Dokonawszy podziału mięsa, raczył się smażoną wieprzowiną, zapijając ja alkoholem. Po przekąsce przetwarzał część mięsa na wędliny. Później były one wędzone przez kilka dni w dymie jałowcowym.
Doskonałe opanowanie przez moją mamę umiejętności kulinarnych można było podziwiać w okresie wielkanocnym. Na długo przed świętami rozpoczynało się wypiekanie przysmaków. Gdy przyjeżdżali na Wielkanoc wujostwo Piotrowiczowie (siostra mamy z mężem), przyrządzaniem smakołyków zajmowała się mama razem ze swoją siostrą. W rezultacie ich pracy długi świąteczny stół zapełniały najrozmaitsze pyszności: mazurki, babki, sękacz, pascha, indyk i kaczka nadziewane owocami, pasztet, mięsa, wędliny własnej produkcji. Wśród tych wyrobów była również dziczyzna. Centralne miejsce zajmował pieczony prosiaczek z nadzieniem. Oczywiście nie zabrakło pisanek.
Podczas prawosławnych świąt wielkanocnych wieśniacy, przede wszystkim młodzież i dzieci, spotykali się, przynosząc ze sobą pisanki, którymi się stukali. Osoba posiadająca jajko z mocniejszą skorupką zabierała uszkodzoną pisankę przeciwnika. Była też inna rozrywka. W dołku o płaskim dnie, przy jego ściance, znajdowała się uformowana z ziemi pochylnia z rowkiem, w którym toczyły się puszczane z góry pisanki. Biorący udział w zabawie puszczał jajko. Jeśli dotknęło ono pisanki, która stoczyła się wcześniej i znajdowała się na dnie dołka, zabierał ją. W przeciwnym wypadku jego jajko przechodziło na własność współuczestnika gry.
Innym ciekawym zwyczajem były Andrzejki w wigilię imienin Andrzeja. Pracujące u nas dziewczyny lały roztopiony wosk na wodę i z zakrzepłych w różne kształty jego bryłek odgadywały swoją przyszłość. Potem opowiadały Stefanowi i mnie niesamowite historie, jakie mogą się wydarzyć w Andrzejkową noc: spoglądając o północy w lustro można zobaczyć twarz przyszłego małżonka lub śmierć pod postacią ludzkiego szkieletu z kosą. Po takich opowieściach szliśmy spać, bojąc się spojrzeć w znajdujące się w sypialni lustro, aby nie ujrzeć czegoś okropnego.
Wspomnę jeszcze o Nocy Kupały. Uroczystość ta, połączona z tańcami wokół ognia, była obchodzona przez mieszkańców Polesia w noc letniego przesilenia słonecznego.
Teraz kilka słów o moim stryjku Serżu (Sergiuszu), który praktykę leśną po studiach odbywał niedaleko od naszego miejsca zamieszkania. W okolicy, którą przemierzał, natknął się na kurne chaty (wiejskie chaty bez komina). Ponieważ nosił beret, chłopi nazywali go „kruhłaja szapka” (okrągła czapka). Po zakończeniu stażu stryj otrzymał stanowisko adiunkta w nadleśnictwie, którego biuro znajdowało się w Kosowie, odległym około 40 km od Stryginia. Kupił motocykl i dzięki temu mógł często do nas przyjeżdżać. Na strychu naszego domu wybudował duży gołębnik. Nabył rasowe gołębie rosyjskie ryże wysokolotne, które trzeba było tresować, zmuszając do latania machaniem szmatą przywiązaną do końca tyczki. Ojciec i stryjek kupili do spółki dwie źrebiczki siwej maści: arabkę i angloarabkę w celu hodowlanym. Nadali im imiona Irma i Igraszka.
Zawsze trochę zamieszania wywoływał przyjazd gości. Przewinęła się przez nasz dom większość skoligaconych z nami osób. Prawie wszystkie urlopy spędzali u nas dziadkowie. Dziadek Stefan Charczun, który był łowczym Puszczy Białowieskiej, opowiadał o wydarzeniach ze swojego życia. Chodził ze mną i Stefanem na spacery, podpierając się laską i pykając fajkę. Pozdrawiał mijane przez nas osoby. Przechodząc obok ludzi pracujących w polu, wypowiadał grzecznościową formułkę: „Boże dopomóż!”. Weszły w zwyczaj wędrówki z dziadkiem nad Jasiołdę. Pod jego nadzorem Stefan i ja kąpaliśmy się w miejscu, w którym rzeka rozszerzała się, tworząc małą zatoczkę. W czasie któregoś pobytu dziadków u nas, dziadek zachorował. Konieczny był zabieg chirurgiczny. Z Białowieży przysłano karetkę sanitarną.
Przeżywaliśmy różne wydarzenia. Pewnej zimy Stefan i ja udaliśmy się nad znajdującą się na terenie leśniczówki sadzawkę. Była zamarznięta, więc zaczęliśmy chodzić po lodzie, który w pewnym momencie pode mną się załamał i wpadłem do wody po szyję, grzęznąc w mule. Stefan, kładąc się na lodzie, podał mi koniec kija i pomógł wydostać się na brzeg. Pobiegł do domu krzycząc: „Zbyszek się utopił!”.
Któregoś lata wybuchła w naszej okolicy epidemia tyfusu. Na drzwiach domów, w których byli chorzy, naklejono obwieszczenia o niebezpieczeństwie zakażenia się tą chorobą. Słuchaliśmy z niepokojem wiadomości o zachorowaniach i zgonach aż do czasu wygaśnięcia epidemii.
Boleśnie odczuliśmy utratę konia, który padł pokonany przez nosaciznę. Człowiek przywiązuje się do tego szlachetnego zwierzęcia, które towarzyszy mu w pracy i podróży.
Opowiem o niezwykłym zdarzeniu, jakie miało miejsce w czasie sianokosów na podmokłych łąkach. Kosiarz przyniósł ze sobą w czajniku przygotowany w domu posiłek do podgrzania na obiad. Do czajnika wpełzła żmija przez jego lejkowate zakończenie. Gdy wieśniak postawił czajnik na ogniu, gad zaczął kąsać znajdujący się w potrawie kawałek słoniny. Chłop wyrzucił żmiję z czajnika i zjadł jego zawartość wraz ze słoniną zawierającą jad. Zmarł po spożyciu posiłku.
Z ganku przed frontowym wejściem do leśniczówki roztaczał się widok na okolicę. Za uprawnymi polami widać było zagrody wiejskie, zbocze zasłaniające budynek szkoły, łagodne wzgórza i niewielki sosnowy las, którego część zajmował cmentarz. Kilka dróg biegło przez pola w różnych kierunkach. Jedna z nich prowadziła przez las do Jasiołdy. Ta nieduża rzeka, przepływając obok znajdującej się w zasięgu wzroku Berezy Kartuskiej, a następnie — zataczając łuk — wzdłuż wzniesienia, na którym rozciągała się wieś Strygiń, toczyła swe wody do Prypeci. Za rzeką, prawie do samego miasteczka, rozpościerały się podmokłe, grząskie łąki. W upalne lata, gdy poziom wody w Jasiołdzie tak się obniżał, że można było przez nią w niektórych miejscach przejechać, a moczary wysychały, chłopi tędy udawali się do Berezy, skracając sobie drogę. Podobnie było w mroźne zimy, kiedy rzeka i mokradła pokrywały się grubą warstwą lodu. Zwykle do miasta trzeba było jeździć okrężną drogą, most bowiem znajdował się dopiero przed samą Berezą Kartuską.
Niekiedy na wiosnę wezbrana rzeka występowała z brzegów i zalewała położone wokół niej łąki. Wieczorami widziało się migocące ognie na zatopionym obszarze. To wieśniacy, pływając łodziami, oświetlali łuczywem płycizny w poszukiwaniu ryb, na które polowali za pomocą ościeni — prymitywnych narzędzi w postaci ostrych widełek osadzonych na długim drewnianym trzonku.
Stefan i ja spotykaliśmy się z rdzennymi mieszkańcami tego regionu. Mówili oni dialektem białoruskim. Osłuchiwaliśmy się z ich mową i przyswajaliśmy ją. Poznawaliśmy ludzi, ich siedziby i obyczaje. Ziemia była tu nieurodzajna i nie mogła wyżywić uprawiających ją chłopów, toteż większość z nich cierpiała biedę. Prawdą jest, że dzielili oni zapałkę wzdłuż na dwie części. Do zapalania skręconego ręcznie papierosa najczęściej używali hubki i krzesiwa. Starali się być samowystarczalni. Wytwarzali tkaniny i odzież dla własnych potrzeb. W tkaninach barwnych dominowały kolory czerwony i czarny. Ozdobny element ubiorów ludowych stanowiły krajki (rodzaj pasa lub wstążki) tkane z grubej nici wełnianej. Przewiązywano się nimi w pasie lub naszywano je na brzegach ubioru. Dość powszechne były zrobione z łyka łapcie. Miały tę zaletę, że na podmokłym terenie woda, dostając się do nóg przez szczeliny tego obuwia, mogła tą samą drogą wypłynąć.
Mieszkanie chłopskie stanowiła przeważnie jedna izba z małymi oknami. Podłogę drewnianą zastępowało zwykłe klepisko (płaszczyzna z mocno ubitej gliny). Umeblowanie było skromne: stół, taborety i biegnące wzdłuż ścian ławy służące do siedzenia i spania. W mieszkaniu zamożniejszych chłopów znajdował się warsztat tkacki. Na ścianach wisiały ikony i portret ślubny. Znaczną część pomieszczenia zajmował dużych rozmiarów piec chlebowy, który tworzył jedną całość z przylegającą do niego z przodu kuchnią do gotowania potraw. Palenisko pieca było jednocześnie komorą wypiekową. Wolną przestrzeń nad piecem wykorzystywano często jako miejsce do spania. Kuchnia miała żeliwny blat z fajerkami. Nad płytą był okap. W paleniskach pieca i kuchni spalano drewno. Do izby wchodziło się przez sień, w której znajdowało się wejście do komórki, a nieraz także do pomieszczenia dla zwierząt gospodarskich.
Nie wszystkich gospodarzy było stać na utrzymanie konia. Charakterystyczna dla zaprzęgu jednokonnego na tym obszarze była duha — drewniany pałąk, służący do przymocowania hołobli do chomąta.

