Pytanie było, jak Armia Czerwona wejdzie, czy najpierw kanonadę urządzi, by opory wroga łamać. Szczęściem weszła bez strzału, gdy tylko dzień nastał. Widocznie zauważyli, że Niemiec odszedł. Schodzili do wsi ci, co nocą na Górze Łysej i Górze Sojki w półkolu na wieś patrzyli. Schodzili na stodoły, na ogrody, opłotkami, ale zaminowanego gościńca nie rozpoznali. Sołdaty sowieckie we wsi są, a droga do wsi zaminowana. Około godziny śniadaniowej kolumna wojaków gościńcem do wsi zbliżała się i ocalały w boju wczorajszym czołg przed nią prosto na miny jechał. Stary Dejlida przed czołg wybiegł i niebezpieczeństwo wskazał, czołg i kolumna dróżką wieś okalającą poszła. Baj to widzi i siebie pyta, gdzie ich saper, co ten drań robi, że wojsko kolumną na miny idzie. Pod sąd wojenny go dać, zdegradować i w karnej kompanii przećwiczyć. Drogi najważniejszej nie rozpoznał, to co on w ogóle wie. Za czasów, gdy on wojował, rozpoznanie i ubezpieczenie świętością było, a tu w ślepo biją i idą. Biada być wojakiem pod takim wodzem.
Ratując czołg Dejlida wieś od ognia uratował. Do wsi wszedł żołnierz, co wczoraj tu w boju uczestniczył. Chłopcy młodzi, Azjatów dużo, niektórzy z bandażami, karabin automat, granat za pasem i to cały dobytek. Nikt hełmu nie posiada i tylko niektórzy łopatki saperskie przy pasie mają, ale manierki i menażki żaden nie nosi. W dzień upalny na pozycji bez wody żyje, tytoniu też proszą, ale smutni nie są i ta wesołość nie pasuje do tego, co tu wczoraj było, do tego czołgu spalonego, tej walki i tych trupów, które na pewno tam dalej są, bo przecie straty atak przerwać zmusiły.
Sanitariuszki rannego opatrują, tego co gospodyni w sianie przechowała, ramię przestrzelone sine, twarz szara, grzebią mu w ranie, a on milczy nawet nie stęka. Ranny po rosyjsku nie mówi, pagonów nie ma, takich jak on Azjatów jest sporo i też bez pagonów, a inni nie-Azjaci pagony mają. Jest to nowość, bo za tamtych Sowietów pagony oznaką kontrrewolucji były. Jakiś starszy oficer ma złote błyszczące. Praporszczyk to wszystko, co teraz na pagonach widzi, zna, bo takie za cara rosyjska armia miała, lecz w tym wojsku stopnia praporszczyka nie ustanowiono. Prócz sanitariuszek dwie inne dziewczyny w mundurach też tu są. Jedna gazety sołdatom rozdaje i dla wieśniaków również, a druga na ławeczce Baja patefon ustawiła i piosenka „Na rabotu sławnuju, na dzieła choroszyje” zabrzmiała tu, gdzie wczoraj pociski rwały się. Świat zmienił się, goło, ale weselej. Dzieciaki z podziwem urządzenie grające oglądają, bo przedtem go nigdy nie widziały. Gestapowiec Ober jak tu na patefonie grywał, to groza po wsi szła, jego ochrona każdego mogła zabić. Dziewczyna, co płyty stawia, rozmawia z dziećmi, po główkach ich głaska i wcale nie jest obca, chociaż w mundurze i rewolwer na pasie ma.
Gazeta o tytule „Za prawoje dieło”, data wczorajsza, wymienia nazwy miejscowości wyzwolonych, miejscowości wszystkim tu znanych, stąd i ciekawość wielka. Miting znowu ożył, bo za Niemca cichutki był, z gazetą po sąsiadach chodzi i coś tam prawi, co mu podobno oficer powiedział, że Niemiec pobity i teraz to już go tylko gonić będą.
Praporszczyk przy tej rozmowie obecny mówi, że Miting nic nie zrozumiał z tego, co usłyszał. Pułkownik, bo w takim stopniu ten oficer był, powiedział, że Niemiec już nigdzie nie zajdzie, ale oni odskoczyć mogą. Rozumieć to trzeba tak, że jak Niemiec większymi siłami uderzy, to oni ugiąć się mogą, chyba linię Swisłoczy jako rubież obrony widzą. Nasze tereny mogą stać się terenem nowych walk. Siła, która teraz przez wieś idzie, to piechota i nie jest jej wiele, może z tysiąc ludzi, jeden czołg i około dziesięciu armat. Na wozach chłopskich kilkanaście moździerzy wiozą i jeżeli Niemiec jakiś pułk pancerny na nich wyśle, to różnie być może.
Idą umundurowani, ale wśród nich są też cywile z bronią, może to jacyś partyzanci, a może zmobilizowani do uzupełnienia strat i od razu na linię ogniową wysłani. Idą w szyku luźnym, oficerowie w takim samym jak żołnierze stroju polowym i tylko torby polowe i lornetki ich odróżniają, no i gwiazdki na pagonach. Wojacy, co z pól wieś okalających zeszli, mówią, że całą noc tam byli, tak nieśmiało napominają, że nic przecież nie jedli. Mleka w południowej części wsi prawie nie ma, bo krowy Niemiec uprowadził. Jedynie Bajowie jedną z krów do spichlerza zdążyli wepchać. Ocalała i teraz mlekiem niemowlaków z sąsiedztwa karmi. Chleb jednak jest, a w dzbanku przechowany smalec stopiony, do tego szczypiorek z ogrodu i woda gorąca z liściem maliny. Gospodyni wojaka częstuje. Młody to chłopak, lat dziewiętnaście, z okolic Smoleńska on, też Niemiec u nich był i wie, jak on ludzi niszczy. Na wojnę aż czterech z ich domu zabrano, ojca i trzech synów. Dwaj bracia już zginęli, ojciec ranny, chyba do domu zwolnią, a on tu wczoraj kulę koło ucha miał, dlatego i bandaż na głowie.
Przyszła armia nie cudza, bo ze wsi ze dwadzieścia chłopa w niej gdzieś służy, wiadomości nie ma, więc o ich śmierci nikt nie mówi, z każdego rodu ktoś w niej jest i teraz może głodny właśnie do jakiejś wsi wchodzi.
Ten młodzieniec spod Smoleńska to człowiek zupełnie inny od tego Niemca, co w 1941 r. na tejże ławie siedząc pyszne mleko pił i chwalił się, jak bagnetem człowieka zegnał ze świata, bo akurat nieszczęśnik mu w ręce wpadł. Przyszedł żołnierz, który biedę zna, nie pyszni się, o zabijaniu wrogów nie mówi, a o tym, że jego wieś spalona. Szczęściem ich dom ocalał, ale teraz w nim matka i dwie rodziny inne mieszkają, bo lepiej w ciasnocie niż w ziemiance. Konie z kołchozu prawie wszystkie zabrano i w polu łopata, motyka i grabie zamiast pługa i brony. Krów też tylko kilka z Azji otrzymał kołchoz, a prywatnych nie ma, ale to nic, jakoś przeżyją. Z wojny tej do domu na razie tylko inwalida wraca. Ojciec w nogę ranny, widocznie mu ją skrócono, dlatego i do domu ma wracać, dobre i to, że nie w ziemię poszedł.
Wczoraj wojaka kula o głowę zaczepiła, śmierć mu o czaszkę się otarła, z pozycji nie zdjęty, dopiero może dziś jego rota w obwód przejdzie i jak wielkiego boju nie będzie, to może i pośpi. Już od miesiąca sypia przy okazji, bo ciągle w marszu i boju i tego snu mu brakuje. Jak zdarzy się dzień, że w miejscu stoją i nie w styku z wrogiem, to rota śpi i nogi wietrzy, bo obuwie zdjąć okazja jest. Dziękuje za poczęstunek, bo już iść musi, tam z drugiej wsi rota zbiórkę ustaliła. Odszedł prawdziwy wojak, z nim wróg liczyć się musi. W 1941 r. Niemiec gardził czerwonoarmistami, rozstrzeliwał jeńców, bo mu oporu nie dawali. Czołgi, działa, sprzęt bojowy zostawili, ręce unieśli. Dzisiaj do przodu idą, chociaż tylko jeden czołg im został, inne w boju stracono i ten ostatni też. Gdzieś drogę swą skończy, ale idzie. Prawda, że Niemiec nad głowami im nie lata, ale gdyby i samolot nadleciał, paniki by nie wywołał. Wczoraj kule włosy strzygły, a sołdaty dalej idą. Tak to praporszczyk Baj rozmowę z wojakiem skwitował.
Jeden sołdat odmaszerował, drugi na ławeczkę do Baja dosiadł, snajper, człowiek starszy wiekiem, podoficer. Karabin z lunetą, podobno taki sam jak Baj nosił, gdy rotą nie dowodził, więc i rozmowa jak wroga wyśledzić i samemu kuli nie połknąć. Samogonu butelka, chleba pajda, cebula, no i liści tytoniu wiązka. Wojak stary i aktualny śmieją się, gestykulują, i wszystko dzieje się to w poranek słoneczny i piękny, przyroda, tuż po północy, w której tu jeszcze Niemiec był. W butelce dno widać, komu w drogę, temu czas, rozstanie z pocałunkiem. Jak ta wódka ludzi zbliża. Stary Karciarz, tak go nazwano, bo nawet z dziećmi w oczko grał, też sołdatów wódką poi, ale tam samogon za konia idzie. Młody bojec na koniu na oklep jechał i wymianę na wódkę zaproponował. Karciarz chęć kupienia objawił, litr samogonu i koń kupiony. Pięciu sołdatów momentalnie wódkę wypija i po pajdzie chleba z cebulą zjada, a gospodarz w swe szczęście uwierzyć nie może, konia głaszcze, poi, owies mu podsypuje. Nie wiedział jednak, że to koń z tych zabudowań, co wczoraj wieczorem płonęły i jak tylko konia luzem zostawił, on natychmiast do dawnego gospodarza zbiegł. Łaski pana nowego może i smakowite, ale widocznie koń za dawnym gospodarzem tęsknił. Nasi gospodarze takiego szczęścia nie doznali, żaden koń, co w ostrzale ze wsi zbiegł, do niej nie powrócił. Bajowie swego Gniadego luzem nie puścili, w ostrzale do pustej stajni sąsiada odprowadzony, szczęśliwie tam przestał, a przy nim i źrebak roczny, piękny też trzymał się. Koń ten ani razu na niemieckie mobilizacje prowadzony nie był, zawsze go zastępował jakiś koń staruszek do pary zaprzęgu trzymany. Koń swój schowek w drewutni miał, tyłem tam wchodził, gdy zagrożenie powstawało stał zawsze cichutko, jakby wiedział, co mu grozi. Teraz też tam zamaskowany stoi, bo z tymi sołdatami różnie być może, wódkę lubią. Praporszczyk za litra samogonu już kupuje źrebaka małego, przy matce idzie, takiej płowej z czarnym paskiem na grzbiecie małej klaczy, bez podków, takie to mocne kopyta gdzieś tam w Azji konie mają. Źrebak, identyczna matka w miniaturze, szkoda go od matki odłączyć, ale gdzie mu na wojnie chodzić, jeszcze do kotła trafi, bo skośnookich tu dużo, a oni koninę lubią. Partyzantów widziano jak dróżką poza stodołami przeszli, na ulicy nie defilowali, bo może kto i ubranie swoje na którym by zobaczył.
Ich ostatni wyczyn to wysadzenie elektrowni w miasteczku. Uczynili to wówczas, gdy tam tylko kilku żandarmów i policajów zostało, ale ataku na nich nie przeprowadzili. Wracali z tej wyprawy poprzez wieś naszą, chwalili się, jaki to cios Niemcom dali, a faktycznie to ludność prądu pozbawili. Niemiec nic już tu nie produkował, rodziny ich już uciekły i cała ta akcja to kolejna głupiego robota. Elektrownię Niemiec na pewno by zniszczył, gdy w kilka dni później wszystkie większe domy wysadził. Byłoby w pamięci, że to Niemiec szkodę ludziom uczynił, a nie ten przykry partyzant.
Idą stąd, lżej żyć będzie, idą na front, teraz do boju ich zmuszą. Wśród nich kilkunastu chłopaków ze wsi, leśnych rozpoznano i policaja Guza, a więc to prawda, że przy Niemcu stał, a z leśnymi trzymał. Jako partyzant szedł, żywy i cały, chłopak ze wsi sąsiedniej, lat osiemnaście. Rok temu miał on pogrzeb oficjalny, pop nad trumną modlił się i w ziemię ją włożono. Nie Fiodor, bo takie jego imię, w niej się znajdował, a jakiś inny człowiek zastrzelony i w ognisku w lesie do nierozpoznania zwęglony. Matka Fiodora nad trumną rozpaczała, ona chyba nie wiedziała, że to nie jej syn tam leży. Takie to głupie zagranie zrobiono, by chłopaka w leśny oddział wcielić. Przed zniknięciem w lesie pracował, codziennie ze wsi do roboty szedł, to i rozpoznanie jakieś miał, a co on lesie dobrego zrobił? Nic, bo żaden Niemiec w całej okolicy uszczerbku od partyzantów nie doznał.
Młody lejtienant z brwiami opalonymi czołgistów pochówek organizuje. Idą z nim chłopaki i kilku starych mężczyzn, drabiny, derki, łopaty niosą. Przy czołgu trzech nieboszczyków w całości i czterech w kawałkach, bo głów cztery. Ciała spalone rozpadły się, a ci co niby cali, to też opaleni, nadzy, i tylko jeden z nich ma jeden but na nodze.
Wrażenie okropne, ciała na drabiny położono, kawałki w derki zawinięto i tak polami z pół kilometra na stary cmentarz unicki trafili. Zabrano ich stąd, gdzie w ogniu umierali, to ich wrzask tak tę dziewczynkę w szczelinie wystraszył.
Mogiłę wyryto zbiorową tuż obok tej z 1941 r., gdzie rozstrzelanych jeńców zakopano. Wykopano przy tym czaszkę i kości dawnego właściciela tej ziemi-mogiły. Ten człowiek dawny, chyba też młody był, bo tylko jednego zęba mu brakło. Tak to stary mieszkaniec nowych lokatorów otrzymał i w dalszą wędrówkę wojenną na cmentarz poszedł, gdy po latach w Sokółce taki dla powiatu robiono.
